Łukasz Anczyk, głównie o Premiership, czasem o bólu, jaki zadaje mi polska piłka, generalnie o futbolu. Bo to od zawsze moja pasja.
środa, 05 października 2011

Teraz nadaje na... malinowo ;)
http://malinowegacie.blox.pl/

Łukasz Anczyk

środa, 29 grudnia 2010

Pół roku minęło od ostatniego wpisu. W międzyczasie wydarzyło się w moim życiu tak wiele, że diametralnie zmieniłem postrzeganie otaczającej mnie rzeczywistości. Całość zjawiska upchnąłem do szufladki z napisem „dojrzewanie”. Brzmi niezwykle poważnie, ale gwarantuję, że wszystko i wszyscy, a przede wszystkim sam autor, zyskali na tym po stokroć ;)

Po co o tym piszę? Na pewno nie po to, aby usprawiedliwiać swoją nieobecność na bloxie. Piszę o tym, bo dojrzałem również „pisarsko”. Przez cały czas, od kiedy go prowadziłem „Pod Poprzeczkę”, czułem, że kształtuje się we mnie własny styl i obraz formy, w jakiej chciałbym przekazywać Wam swoje emocje dotyczące futbolu. I to właśnie robiłem przez ostatni okres – przygotowywałem nową stronę. Jako, że pisanie jest tylko realizacją jednego moich hobby, stało to zawsze na trochę dalszym planie, przez co zajęło aż tyle czasu.

Wszystko ma swoją historię i tak właśnie jest z „Poprzeczką”. Jak pokazał czas, ten projekt naturalnie zakończył swoją dwuletnią egzystencję w sieci wraz z ostatnim wpisem. Niedługo wystartuje nowa strona, znowu na bloxie, bo formę blogowania bardzo polubiłem. Projekt jest właściwie na ukończeniu i na pewno umieszczę na tym blogu o nim pełną informację. Mam nadzieję, że z czasem, przynajmniej część z Was będzie odwiedzała mnie ponownie. Będzie... ostro :)

Najlepszego w Nowym Roku! ;)

Łukasz Anczyk

środa, 30 czerwca 2010

Ronaldo

Nie kumam tego faceta. Kiedy wydawało mi się, że koleś zaczyna mentalnie dojrzewać do roli wojownika, jakim był choćby Figo, on odwala taki numer. Przeczłapał, w białych butach, obok mistrzostw świata, a na koniec, w żenującym stylu, pokazał totalny brak klasy.

- Explicar aos portugueses? Falem com Queiroz. (Wytłumaczenia? Rozmawiajcie z trenerem Carlosem Queirozem.)

Tak Ronaldo odpowiedział na pytania portugalskich dziennikarzy o przyczynę porażki Selecção w RPA.  Pierwszy uciekł od odpowiedzialności, zwalając winę na selekcjonera, co dobitnie świadczy, że mu opaska mocno nie służy.

Boże, jak dobrze, że trenerem Realu został Mourinho, bo to ostatnia deska ratunku na poskromienie tego aroganckiego matoła. Jak mu własny krajan nie pomoże, to nikt już tego nie zrobi. A ja będę musiał z bólem przyznać, że jednak nie jest i nigdy nie będzie największym piłkarzem świata.

Łukasz Anczyk

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Czarne chmury nadciągają na głowę Seppa Blattera. To, co wyprawiają sędziowie na mundialu przestaje powoli śmieszyć i irytuje po stokroć. Nie rozumiem jak można było przeoczyć fakt, że piłka po strzale Lamparda przekroczyła linię bramkową o metr. Nie pojmuję, jak można było uznać wczorajszą bramkę Carlosa Teveza. Liniowy z B-klasy zauważyłby, że Argentyńczyk zapędził się dwa metry za linię spalonego. Na mistrzostwach świata takie błędy nie mają prawa się zdarzyć, bo najzwyczajniej obniżają rangę turnieju. Akceptuję geograficzny charakter mundialu, ale sędziów powinno się dobierać według innego klucza. W RPA rozjemcami muszą być po prostu najlepsi.

Ja swojego zdania nie zmienię. Mecze piłki nożnej powinny być obsługiwane przez dodatkowego sędziego, który miałby dostęp do szeregu powtórek spornych sytuacji. Góra po 15 sekundach na tablicy wyników w Bloemfontein już do przerwy widniałby wynik 2-2. Na rewolucję technologiczną, jak widać, nie będzie można jednak liczyć. Na specjalnej konferencji prasowej, zwołanej w niedzielny wieczór, Jerome Valcke, sekretarz generalny FIFA stwierdził krótko: – Technologia wideo? Nie ma mowy.

Najbardziej wstrząsający dla wczorajszego dnia był jednak fakt, że Roberto Rosetti długo konsultował swoją decyzję o uznaniu bramki dla Argentyny z sędzią liniowym, a mimo to decyzji nie zmienił. Boczny arbiter prawdopodobnie zobaczył powtórkę na telebimie umieszczonym na stadionie, o czym poinformował Włocha. Już na Euro 2008 sędziowie otrzymali zakaz spoglądania na video przekaz ze stadionu. Nie wolno im na tej podstawie podejmować decyzji. To tylko moje przypuszczenia, ale zapewne Rosetti dostał wiadomość, że gol Teveza nie powinien zostać uznany. Mimo to bramkę uznał, z uwagi na fakt, że jego asystent wspomógł się obrazem telewizyjnym. Rozumiem wściekłość Meksykanów. Oni też patrzyli na ten sam telebim.

Wracając do Anglików – śmieszą mnie nagłówki poniedziałkowej prasy na wyspach. Wszystkie media obwiniają za odpadniecie reprezentacji Capello wyłącznie sędziego. Nawet selekcjoner Three Lions powiedział po meczu, że na wynik składają się małe rzeczy, a pomyłka arbitra była jedną z nich. Być może drobiazgi decydują o rezultacie spotkania, ale nie o porażce trzema bramkami. Tutaj o wypaczeniu nie może być mowy, tym bardziej, że w momencie, gdy Lampart zdobył nieuznanego gola, Anglia przegrywała zaledwie jedną bramką. Przez 44 lata, od pamiętnego finału mundialu rozgrywanego na Wembley Brytyjczycy identycznie tłumaczyli ówczesną decyzję Tifika Bachramowa. Nawet jeśli bramki Hursta nie było, to i tak nie ma to znaczenia – od lat argumentują Anglicy. Przecież Hurst rozwiał wątpliwości kolejnym golem w ostatniej minucie dogrywki.

Uważam, że identycznej argumentacji można użyć dzisiaj. Fakt, że sędzia nie uznał bramki Lamparda nie może przysłonić dwóch istotnych rzeczy. Po pierwsze do końca meczu pozostało wtedy ponad 50 minut, po drugie wybrańcy Capello byli drużyną zdecydowanie gorszą i zawiedli na całej linii, przegrywając zasłużenie. Anglia grała rozczarowująco już od pierwszego spotkania w grupie przeciwko USA. Nawet w jedynym wygranym meczu ze Słowenią zaprezentowali się co najwyżej przeciętnie. Występ Synów Albionu na turnieju w RPA jest jednym wielkim rozczarowaniem i boli mnie trochę, że właśnie znaleziono usprawiedliwienie za ich dość szybki powrót do domu. Tym bardziej płakał po nich nie będę.

Łukasz Anczyk

UPDATE: Na oficjalnej stronie FIFA jest skrót z meczu Niemcy - Anglia. Brakuje w nim sytuacji z nieuznanym golem Lamparda. Błąd sędziego? Jaki błąd? Nie było niczego takiego...

środa, 23 czerwca 2010

Mleczko

Na tegorocznym mundialu, polscy dziennikarze, przynajmniej ci telewizyjni, wykreowali nowe, kompletnie dla mnie niezrozumiałe, zjawisko socjologiczne. Od pierwszego dnia turnieju, sprawozdawcy TVP próbują doszukać się elementów polskości dosłownie w każdym, nawet najmniej ważnym wydarzeniu mistrzostw świata. Skala tego procederu jest tak olbrzymia, że od samego początku zakrawa to na śmieszność, co więcej, zaczyna mocno irytować. I tak, jak byłem w stanie zrozumieć olbrzymią podnietę bramkami Podolskiego i Klose w meczu Niemców z Australią, tak za nietakt i dużą niestosowność uważam podbijanie klasy piłkarskiej Stephane’a Grichtinga faktem jego znajomości z Ireneuszem Jeleniem, czy podkreślanie na każdym kroku, że Iker Casillas to bliski kumpel Jerzego Dudka. Zapytam kolokwialnie – co ma piernik do wiatraka?

Miara przebrała się we wczorajszym meczu Nigeria – Korea Południowa, kiedy rozentuzjazmowany Jacek Jońca, notabene najgorszy komentator w historii mundialu, wielokrotnie tytułował Kalu Uche mistrzem Polski, po tym jak pomocnik hiszpańskiej Almerii zdobył bramkę dla Super Orłów. Ja rozumiem, że sześć lat temu Uche biegał jeszcze po boiskach Ekstraklasy w barwach Wisły, ale w tej chwili Nigeryjczyk ma z polską ligą tyle wspólnego, co tradycja z ekstradycją. Nie ogarniam podniecenia Jońcy z prostego faktu – między zdobyciem przez Uche mistrzostwa Polski, a jego bytnością na mundialu, nie ma żadnego wspólnego mianownika.

Farsa trwała w najlepsze w studiu telewizyjnym, tuż po spotkaniu, kiedy Szczepłek lub Szaranowicz, zachwycając się skutecznością pomocnika z Nigerii, powiedział do Jerzego Engela: – Jurku, (tu chwila napięcia, po czym, z dumą w głosie, kontynuacja) ty trenowałeś Kalu.

Błagam…

Przydzielanie Engelowi zasług, bo tak to chyba należy rozumieć, za bramki, które Uche zdobył w czasie turnieju, jest po prostu brakiem umiaru. Szczególnie w kontekście tego lub tego, by wybrać tylko fakty najnowsze. Poza tym mistrzostwa świata są pierwszą dużą imprezą piłkarską od wielu lat, pustą od bolesnych rozczarowań z faktu, że nie ma tam naszej reprezentacji. Im mniej w RPA pierwiastków związanych z kopaniem piłki nad Wisłą, tym lepiej. Nie pasujemy do mundialowego towarzystwa, co pokazał ostatnio mecz z Hiszpanią, a prawdziwego obrazu rodzimego futbolu nie wyprostuje nawet nachalne doszukiwanie się zasług polskiej myśli szkoleniowej w sukcesach innych federacji. Takie zachowanie jest po prostu żenujące.

Łukasz Anczyk

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Scenariusz, jaki pisze reprezentacja Francji na tych mistrzostwach przewidziałem już dawno. Przed turniejem byłem w stanie się założyć, że nie tylko nie wyjdą z grupy, ale i nie strzelą na mundialu bramki. Przyznać jednak muszę, że konflikt Domenecha, dla mnie najgorszego trenera świata, z piłkarzami wybuchł z siłą tyle nagłą, co przerażającą. Nie wytrzymał, fatalny w meczu z Urugwajem, Anelka. Facet zdolny do rozniesienia w pył najlepszego morale, wypalił z najcięższego działa, w przerwie wyżej wspomnianego spotkania. Takie nagromadzenie emocji świadczy, że we francuskiej szatni nie najlepiej było już od kilku lat. Tym bardziej więc zaskakuje skład piłkarzy zabranych do RPA. Czy Domenech jest naprawdę takim idiotą, aby powoływać potencjalnych buntowników na najważniejszą imprezę roku? A może człowiek, którego wpływ na zachowanie piłkarzy był tak samo nikły jak na ich postawę na boisku, naprawdę wierzył, że zbierze ten bałagan do kupy? Na jakiej podstawie? To właśnie pojąć nie potrafię.

Nie potrafię ogarnąć również, jakim cudem francuska federacja przedłużała notorycznie kontrakt z Domenechem. Fatalny występ na Euro był najlepszym momentem do zerwania tego, jakże toksycznego układu. Prawda jest taka, że odkąd facet, który wyniki zawierza gwiazdom (nie toleruje piłkarzy spod znaku Skorpiona) przejął stery drużyny narodowej, Francuzi stali się najnudniejszym zjawiskiem piłkarskim świata. Srebrny medal przywieziony z Niemiec to tylko wyjątek od reguły. Zresztą w 2006 roku również katowali nas antyfutbolem, pełnym niemocy i dziecinnej bezradności. Kraj, dysponujący przynajmniej dwudziestką piłkarzy o światowej klasie, winien bić się o najwyższe laury, miast torturować swoich kibiców ohydnym stylem. Zapewne trenerski autorytet wprowadziłby porozumienie do rozbujałej ambicjonalnie grupy, dusznej od sprzeczek i kłótni. Sęk w tym, że Domenech autorytetu nie ma za grosz. Odkąd w szatni zabrakło Zidane’a, cementującego resztki zrozumienia, nie ostał się nawet cień wzajemnego szacunku. Kopią się obustronnie wybrańcy selekcjonera, widząc w nim wroga, knują na korytarzach najdroższego hotelu na kontynencie afrykańskim.

O ile sytuacja Francji była do przewidzenia, o tyle nie jasne są dla mnie przyczyny nieporozumień w angielskim obozie. Oczywiście słabe wyniki i brak stylu są wymowne, jednak Anglicy wydawali się przyjechać do Afryki pełnym monolitem, stojąc w szeregu, razem ze swoim trenerem. Pierwszy pękł John Terry, który po meczu z Algierią zażądał od Capello zmiany taktyki meczowej. Na koniec rzucił: – Jeśli nie mam prawa powiedzieć, co myślę, to po co tu właściwie jestem? Tak ostre, publicznie wypowiedziane słowa kapitana Chelsea, niosą za sobą pytanie, czy w ekipie Three Lions nie ma jednak ośrodków zapalnych? Sfrustrowanych jak Terry, jest więcej. Bez gola od dłuższego czasu w reprezentacji pozostaje Wayne Rooney. Napastnik Manchesteru United w zakończonym sezonie zdobył 34 bramki w 44 meczach. W kadrze nie potrafi pokonać bramkarza rywali już od ponad sześciuset minut. On również jest ponoć niezadowolony z ustawienia jakie stosuje Capello i wraz Steve’em Gerrardem i Frankiem Lampardem dołączyli do tyrady, jaką wygłosił w sobotę Terry.

Na spotkaniu drużyny obrońca Chelsea nie był już tak rozmowny. Włoch stłumił rebelię środkowego obrońcy bez problemu, bo za kapitanem Chelsea nie wstawiła się reszta zespołu. W dzisiejszych wypowiedziach dla prasy stwierdził, że zawodnicy nie powinni się tłumaczyć, ani krytykować trenera. – Wspieramy go i ona nas wspiera. To jest najważniejsze. Ile w jego przemianie prawdy, przekonamy się w środę. Coś jednak nie chce mi się wierzyć w szczerość tych słów. Fundamenty, tak sprawnie działającej w eliminacjach maszyny, zostały zachwiane. Widzą to już bukmacherzy, u których szanse Anglików na wygranie mundialu zaczęły spadać.

Chemii nie ma również w drużynie Wybrzeża Kości Słoniowej. W zespole nie każdemu podoba się hegemonia Didiera Drogby. Napastnik Chelsea, nieskutecznie, forsował swoją propozycję kandydatury na trenera przed mistrzostwami, jako jedyny mieszka sam na zgrupowaniu w specjalnym apartamencie, dwa tygodnie przed mundialem konsultował obiadowe menu oraz muzykę puszczaną w szatni przed meczami. Rzadko zgadza się na jakiekolwiek ustępstwa, a do tego często można odnieść wrażenie, że przyjeżdża na zgrupowania z łaską, wymagając od reszty zespołu tylko bezwzględnego posłuszeństwa.

Na takie nie chce się zgodzić Kolo Toure, który próbuje narzucić swój model drużyny – zgranej 23 osobowej, dobrze rozumiejącej się ekipy. Sęk w tym, że Drogba, najbardziej utytułowany piłkarz reprezentacji, stanowi przecież niebotyczną wartość dla Słonii. Konflikt, jeśli nie zostanie przez Erikssona sprawnie zażegnany, kolejny raz stanie drużynie na drodze do sukcesu. Laurów oczekiwano już, bezskutecznie, na Pucharze Narodów Afryki. W Angoli okazało się jednak, że napastnik Chelsea lubi wypinać klatkę jedynie w stronę medali. Po porażce w Algierią w ćwierćfinale nie wyszedł do dziennikarzy, mając do postawy całego zespołu ogromne pretensje. Zastąpił go… Toure, czym pewnie ściągnął na siebie sympatię drużyny. Od tamtej pory Drogba nie jest już bogiem w oczach kolegów, co było zresztą widać po jego honorowym trafieniu w meczu z Brazylią. Praktycznie nikt z drużyny nie kwapił się pogratulować mu zdobycia bramki.

Tak jak w przypadku Francuzów dziwi mnie niezmiennie obecność Domenecha w kadrze, tak nie mogę zrozumieć po co Milovan Rajevac zabrał ze sobą na mundial Sulley’a Muntariego. Pomocnik Interu Mediolan odmawiał selekcjonerowi przyjazdów na mecze sparingowe przed Pucharem Narodów Afryki, przez co później na turniej nie pojechał. Następnie dwukrotnie odmówił trenerowi spotkania, gdy ten przebywał we Włoszech. Jeśli dodać do tego jego wybryki na igrzyskach w Atenach, po których wyleciał z kadry reprezentacji Ghany pierwszy raz, pojąć nie mogę, jak argumentował sobie Rajevac potrzebę zabrania Muntariego do RPA. Pomocnik, niezadowolony z roli, jaką odgrywa na mistrzostwach, wszczął awanturę po spotkaniu z Australią. Ostrą wymianę zdań z Serbskim selekcjonerem kontynuował na tyle długo, że ten w końcu podjął decyzję o wyrzuceniu niepokornego lidera z turnieju. Nawet jeśli prośby kapitana drużyny i władz związku o pozostawienie Muntariego na mundialu przyniosą skutek, to i tak nie zapowiada się, aby pojawił się on choćby na minutę na boisku. Był więc sens go zabierać?

Łukasz Anczyk

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30