Jakkolwiek nie rozkładały się siły przed spotkaniem, nie sądziłem, że Arsenal tak łatwo polegnie w derbach Londynu z maszyną Ancelottiego. „Kanonierzy” właściwie powtórzyli scenariusz z przed tygodnia, kiedy zeszli z murawy Emirates boleśnie skarceni przez Manchester United. Widać było, że chcieli. Widać było dużą motywację, ale na dany moment to jest ciągle za słaby zespół, aby rywalizować z wielką dwójką.
Wegner się ewidentnie uparł, że wychowa sobie wielką drużynę bez wielkich zakupów i za swój upór płaci na razie słono. Można dywagować czy to słuszna droga, można zastanawiać się, kiedy i czy w ogóle Francuz dokona w końcu wzmocnień wielkiego formatu. Tylko po co? Wenger nie przegrał dziś kolejnego ważnego meczu przez braki w ludzkich zasobach (nie przyjmuje tej całej historii z Van Persiem, wybaczcie). Przegrał go, bo tak zacięcie budowany przez niego zespół, od roku nie zrobił większych postępów.
W zeszłym sezonie wszystkie wpadki i potknięcia zrzucano na karb młodości i niedoświadczenia. Arsenal potrafił gubić w lidze punkty ze słabeuszami o wiele częściej, niż dzisiaj i trzeba powiedzieć, że w tym aspekcie nastąpił progres. Choć „Kanonierom” będzie niezwykle trudno odrobić stratę dziewięciu punktów do prowadzącej Chelsea, nadal, przynajmniej teoretycznie, stoją w wyścigu o tytuł, z którego w zeszłym sezonie odpadli dość szybko. Wychodzi jednak na zero, bo obecny zespół zatracił cechę, którą rok temu czarował. Może i dzieci Wengera dojrzały, ale zatraciły kompletnie swój charakter i bojowe nastawienie. Mecz z United i oba spotkania z Chelsea, Arsenal przegrał według identycznego scenariusza. Po dwóch ciosach na początku spotkania, zespół nie potrafił się już podnieść, snując się po murawie, z ochotą rzucenia nań białego ręcznika.
W zeszłorocznych derbach na Stamford Bridge taki bieg wydarzeń nie miał prawa bytu. Wtedy piłkarze Arsenalu również byli zmuszeni odrabiać straty z pierwszej połowy, potrafili zrobić to jednak na tyle skutecznie, że przywieźli na Emirates pełną pulę. Manchesterowi United oddali zaledwie punkt, a do annałów Premiership przeszedł ich heroiczny bój na Anfield, zakończony wynikiem 4-4. Dziś „Kanonierzy” potrafią seryjnie rozbijać średniaków i słabeuszy, aby w starciach z wielkimi oddawać łupy praktycznie bez walki.
I jeszcze w dwóch dosłownie zdaniach o grze obronnej Arsenalu. Błędy, jakie popełniają defensorzy powinny być zmorą Wengera. Znów stracili bramkę z kontry, znów źle ustawili zasieki przy stałym fragmencie, znów zabrakło asekuracji, krycia itd. Można ich podziwiać za sposób rozgrywania piłki z przodu, ale wystarczy by przeciwnik przyspieszył grę, aby na tyłach rozpętała się panika. Całość uzupełnia kompletny brak formy u Almunii, który do niedawna stanowił filar zespołu. Za dużo tego, jak na mistrzowskie aspiracje.
Rację więc mieli wszyscy, którzy typowali sezon, jako pojedynek Chelsea z Manchesterem. Po meczu na Stamford Bridge nie mam żadnych wątpliwości, że tytuł to wewnętrzna kwestia tych dwóch zespołów. I choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że to „The Blues” mogą bardziej ten wyścig przegrać, niż United wygrać, ostrze sobie zęby na szaleńczy finisz. Właśnie zaczęła się ostania, bardzo długa prosta.
Nie wiem z jakiego powodu, ale dość często, gdy oglądam spotkania, w których przypada mi rola postronnego kibica, po kilkudziesięciu minutach budzi się we mnie sympatia do przeciwnika teoretycznie słabszego. Takie uczucie, zrodzone przecież spontanicznie, potrafi później przetrwać miesiącami, a nawet latami. Dzięki temu sympatyzuję w swoim życiu z różnego rodzaju klubami, których wspólnym mianownikiem jest ich, delikatnie mówiąc, niezbyt wysoki poziom sportowy. Nie jestem ich kibicem, nie śledzę ich losów, transferów, wyników. Gdy jednak słyszę, że osiągnęły, w swojej lokalnej skali, jakiś niecodzienny i długo oczekiwany sukces, czuję satysfakcję.
Jednym z takich klubów jest Hull City. Nie pamiętam dokładnie, przy jakiej okazji pierwszy raz skrzyżowały się nasze drogi. Jedyne, co świta mi w głowie, to fakt, że byli wtedy w trzeciej lidze i zagrali właśnie jakiś niewiarygodny mecz, po którym zainteresowałem się nimi, tradycyjnie na chwilę, z opcją przedłużenia na dalsze lata. Drugi kontakt nastąpił dopiero po awansie piłkarzy z KC Stadium do Premiership. To niewiarygodne, ale długo nie miałem żadnej świadomości faktu, że drużyna Browna walczyła na zapleczu o awans, więc gdy ten stał się rzeczywistością, nieomal nie osłupiałem z wrażenia.
Trzeciego kontaktu opisywać nie trzeba. Medialność ligi angielskiej sprawia, że żadną sztuką było śledzić ich losy, tym bardziej, dla mnie, rozkochanego w Premier League od lat. Przyznaję bez bicia, że ich mecz w ostatniej, 38. kolejce zeszłego sezonu, przyprawił mnie o niezły ból głowy. „Tygrysy” grały z Manchesterem United, a stawką było utrzymanie. Chciałem, żeby Brown pozostał ze swoją ekipą w najwyższej klasie rozgrywek, ale umówmy się, nie kosztem porażki „Czerwonych Diabłów”. Wilk był syty i owca cała, bo United wygrali, a Hull z ligi nie spadli.
Ucieszyłem się nie bez kozery. Drużyna Browna, tak na marginesie jednego z najbardziej pozytywnych ludzi w tym fachu, pokazała, że jest mistrzem niespodzianek. Hull potrafili wygrać nawet z Arsenalem na Emirates, co momentalnie dało im status nieobliczalnych. Wyniki osiągane przez ekipę z KC Stadium musiały budzić poważanie, tym bardziej, że największym atutem zespołu są wyłącznie wartości mentalne. Jeśli Hull sobie ambitnie punktów nie wybiegają, kończą zazwyczaj głęboko w parterze, nierzadko na deskach, po szybkim nokaucie.
W obecnym sezonie rzeczywistość jest dla „Tygrysów” jeszcze bardziej brutalna. Gdyby nie bankruci z Portsmouth, Hull zamykaliby pewnie tabelę Premiership. Zespół ma najgorszą obronę w Anglii, przez co Myhill wyciągał już piłkę z bramki równo 50 razy. Nie miało to jednak znaczenia, gdy nad estuarium Humber nadjechali obrzydliwie bogaci milionerzy z Eastlands. Piłkarzom Hull nie ugięły się nogi, ani przed Roberto Mancinim, ani przed jego armią, kompletowaną przecież za ciężkie dolary arabskich szejków. Przyznaję, że meczu nie oglądałem, a notkę piszę spontanicznie. Nie znam okoliczności, w jakich Manchester City poległ ze skazanymi na pożarcie piłkarzami Hull City, przyznać każdy jednak musi, że nawet suchy wynik wzbudza uznanie i podziw. Ja się po prostu cieszę, że dobie komercjalizacji piłki, są jeszcze tacy romantycy jak Brown, którzy pokazują, że charakter i wola zwycięstwa są wciąż ważniejsze od pieniędzy. Fajnie, że znów dzięki tej drużynie niemożliwe stało się niczym. Fajnie, że Hull znów są nad strefą spadkową. Oby pozostali tam jak najdłużej.
Z niedowierzaniem otworzyłem dziś rano oficjalny portal Polskiego Związku Piłki Nożnej. Nowy wygląd strony internetowej od pierwszego wejrzenia powalił mnie na kolana, a co najważniejsze, umocnił w przekonaniu, że jednak idzie ku lepszemu. Jak widać nieprawdą jest, że piłkarska centrala to instytucja niereformowalna. Zresztą wystarczy przeczytać powitalną wiadomość, aby się przekonać, jakie wzniosłe idee były motorem dla tego niespodziewanego przedsięwzięcia.
Z przyjemnością oddajemy dziś w Państwa ręce nową, przejrzystą, oficjalną stronę internetową Polskiego Związku Piłki Nożnej. Mamy nadzieję, że nowe funkcjonalności, a także rzetelne informacje przyczynią się do lepszego postrzegania Związku. Wciąż będziemy pracować nad udoskonaleniem portalu.
Co więcej, Związek jest otwarty na opinie, o które prosi pod powyższym tekstem. Nie mogłem się oprzeć i natychmiast napisałem maila do władz piłkarskich. Treść mojego krótkiego listu przedstawiam poniżej i zachęcam do podobnego działania. Wszak pierwszy raz mamy okazję brać pośredni udział w tak długo oczekiwanych reformach.
Drogi PZPN,
W odpowiedzi na Państwa zapytanie z przykrością stwierdzam, że Wasza nowa, przejrzysta strona internetowa, pomimo, że naprawdę piękna i czytelna, nie zmieni mojego postrzegania Związku. Nie zmienią tego, ani nowe funkcjonalności, ani rzetelne informacje, którymi ów strona jest ponoć wybrukowana. Cieszę się, że pragniecie zmian, sęk w tym, że tradycyjnie są to zmiany czysto kosmetyczne. Nowy wygląd portalu w rzeczy samej przypomina mi przysłowiowe malowanie trawy na zielono. Efektów, poza czysto estetycznymi, nie będzie z tego żadnych.
Nie wolno się jednak zrażać. Kierunek, który został przez Związek obrany nie jest wcale taki zły. W końcu, czego, jak nie przejrzystości i rzetelności, szczególnie w Waszym działaniu, pragnie od Was społeczność, żywo zaniepokojona losami polskiej piłki. Jeśli można mi coś zasugerować, to proponowałbym postawić jeszcze na kompetentność. Ta zmiana będzie wymagała posunięć bardziej radykalnych, bo związanych z Waszymi, bądź co bądź podstarzałymi, zasobami ludzkimi. Tutaj muszę ostrzec, że w brutalny sposób dotknie ona przede wszystkim ludzi, dotychczas kierujących funkcjonowaniem instytucji. Jestem jednak w pełni przekonany, iż chęć zmian, jaka Was wypełnia, jest tak duża, że dla rozwoju futbolu w naszym kraju, jesteście gotowi do dużo większych wyrzeczeń, niż wydanie kilkuset złotych za pracę webmasterów.
Ze swojej strony życzę przede wszystkim wytrwałości. Czekam na kolejne, tym razem bardziej merytoryczne działania.
Pozdrawiam serdecznie
Łukasz Anczyk
PS. W tym samym czasie, kiedy wysyłałem swój list do Polskiego Związku Piłki Nożnej, wpis na własnej stronie opublikował Jerzy Engel. Wydaje mi się, że poniższy fragment pasuje zgrabnie, jako komentarz do całości tematu. Zachowana oryginalna pisowania i gramatyka. No to jazda!
Dzień drugi lutego został ogłoszony dniem pozytywnego myślenia. Wielokrotnie na tej stronie piszę jak ważne w naszym codziennym życiu jest właśnie pozytywne myślenie. Szczególnie ważne jest to w środowisku sportowym gdzie zwycięstwa przeplatają się z porażkami i trzeba umieć szybko się po porażce pozbierać i ponownie być gotowym do walki o zwycięstwo. Najważniejsze aby myślenie pozytywne nie towarzyszyło nam tylko w tym dniu ale przez cały rok aż do kolejnych obchodów. Skoro już o pozytywach to ruszyła wreszcie po wielu miesiącach oczekiwania nowa strona internetowa PZPN. Bardziej nowoczesna szata graficzna, na wzór stron FIFA i UEFA nie jest jeszcze w pełni gotowa ale zwiastuje pozytywne kierunki zmian w PZPN.
Dziś dwa słowa w uzupełnieniu wczorajszej relacji. Nie chcę pisać o genialnym, moim zdaniem najlepszym od pojawienia się na Old Trafford, meczu Naniego. Nie będę też pisał o świetnej formie Rooney’a, choć bezsprzecznie obaj na dłuższą wzmiankę zasługują. Cichym bohaterem spotkania na Emirates był Darren Fletcher, który dosłownie wdeptał w ziemię Cesca Fabregasa, odbierając mu panowanie w środku pola i to przecież na jego własnej ziemi.
Ile Fabregas znaczy dla Arsenalu, najlepiej pokazał niedawny mecz z Aston Villą. „Kanonierzy” męczyli się okrutnie do czasu, aż na boisku nie pojawił się Hiszpan. Wpuszczony w drugiej połowie, w dodatku nie w pełni sprawny, nie tylko rozruszał grę podopiecznych Wengera, ale dorzucił do tego dwa przepięknej urody trafienia. To drugie przypłacił odnowieniem kontuzji i z grymasem bólu opuścił murawę. Było jednak w tym zaledwie 26 minutowym występie coś symbolicznego. Coś, co oddaje w pełni jego rolę w zespole. Fabregas to już pełnoprawnie namaszczony lider Arsenalu. Mózg drużyny, jakiego nie było w Londynie od czasu Particka Viery.
Jeśli chcesz wygrać z Arsenalem, nie możesz im pozwolić na swobodne rozgrywanie piłki na dwudziestym metrze przed własną bramką. Główkując nad realizacją tego zadania, Ferguson kombinował w myśl zasady, że jeśli chcesz zatrzymać całą maszynę, musisz zablokować jej najważniejszy tryb. Do tego siermiężnego zadania wyznaczył właśnie Fletchera, który już nie raz udowodnił, że jego możliwości są olbrzymie i ciągle jeszcze do końca nie odkryte. Szkocki pomocnik to przecież swoistego rodzaju fenomen, bo nie przypominam sobie drugiego piłkarza, który dopiero w ósmym roku pobytu w zespole, mając na karku 25 lat, co w światowej piłce czyni go niemal weteranem, wybucha talentem na skalę, co najmniej europejską.
A przecież niewiele brakowało, aby Szkot na Emirates w ogóle nie zagrał. Latem 2007 roku, dosłownie na sekundy przed tym niewyobrażalnym objawieniem, Fletcher, sfrustrowany brakiem swojego miejsca w drużynie, chciał opuścić Old Trafford. Wcześniej grywał zaledwie same ogony, nie sprawdzając się ani na pozycji prawego pomocnika (miał być następcą Beckhama) ani rozgrywającego. Sam nie rozumiałem przez lata, jakim cudem Fletcher z sezonu na sezon wciąż znajdował się w kadrze United. A Ferguson na pytania o swojego pomocnika, odpowiadał w kółko tą samą śpiewką o jego ciężkiej pracy na treningach i niespełnionym talencie.
Przyznaję się bez bicia, że szydziłem z tych słów. Niespełnione, 25-letnie talenty mogą biegać za piłką, co najwyżej nad Wisłą, ale nie w Premier League. W europejskim futbolu panują bardziej brutalne zasady, bo twoja przyszłość i miejsce w szyku decydują się przedziale wiekowym między 18 a 21 rokiem życia. Fakt, że Fletcher chciał opuścić Manchester, świadczy dobitnie, że sam już nie bardzo w słowa Fergusona wierzył. Szkocki pomocnik zapewne odszedłby z Old Trafford, gdyby nie to, że… nie było na niego zbyt wielu chętnych. Półtora roku później, jego nieobecność w finałowym meczu Ligi Mistrzów z Barceloną, była określana jako olbrzymie osłabienie zespołu. Co więcej, wielu twierdzi, że z Fletcherem w składzie United tak łatwo w Rzymie by nie polegli.
Oglądając wczorajszy występ Szkota na Emirates ciężko jest się z tym nie zgodzić. Dla mnie Fletcher wydaje się być naturalnym następcą Roy’a Keane’a, który świetnie czyta grę przeciwnika, a jego gra w defensywie nie ogranicza się do zwykłego kopania po nogach. Pomocnik United gra nad wyraz inteligentnie, w dodatku niezwykle szybko podejmuje decyzje, co zaowocowało przy dwóch bramkach zdobytych we wczorajszym spotkaniu. Z meczu na mecz jest coraz bardziej pewny siebie, a jeśli dodać do tego, że od czasu do czasu wykazuje również spore umiejętności strzeleckie, wychodzi na to, że Ferguson wyhodował sobie kolejnego człowieka od czarnej roboty. Faceta, który bez szemrania wykona najbardziej karkołomne zadania taktyczne, pozostawiając w cieniu nawet takich wirtuozów, jak Cesc Fabregas.
16.43 Nosi mnie. Spontanicznie wpadłem na pomysł, aby o tym meczu pisać na żywo. Nie będzie to profesjonalny komentarz. Raczej rwana jazda emocjonalna. To jedyny mecz w sezonie, który tak przeżywam. Jeśli ktoś ma ochotę, zapraszam do lektury.
16.48 Składy: Arsenal: Almunia, Sagna, Gallas, Vermaelen, Clichy, Fabregas, Song, Denilson, Rosicky, Arshavin, Nasri United: Van der Sar, Rafael, Brown, Evans, Evra, Park, Carrick, Fletcher, Scholes, Nani, Rooney
Ferguson nie zmienia ustawienia, które tak świetnie sprawdziło się przeciwko Manchesterowi City. Gra jednym napastnikiem była do przewidzenia, brakuje jednak w składzie Vidicia. Ponoć znów kontuzjowany...
16.58 Środek pola kluczem do wygranej. Szczególnie Fletcher będzie miał pełne ręce roboty. Ponoć ma chodzić krok w krok za Fabregasem.
0 min Szczerze mówiąc liczyłem na to, że w obronie Kanonierów zagra Sol Campbell. Vermaelen wyleczył się jednak na czas. Kapitanem United jest Evra.
1 min Zaczęli.
5 min Na razie druga linia United nie wygląda zbyt dobrze. Łyk statystyki: Od powstania Premiership, Arsenal grał u siebie z Manchesterem już 17 razy. 4 razy doznał porażki, 7 razy wygrał, 6 razy był remis. Ogólnie w rozgrywkach ligowych United wizytowali Londyn 90 razy. Tylko 22 z tych spotkań zakończyło się zwycięstwem "Czerwonych Diabłów", 51 razy wygrał Arsenal.
8 min Trzy kapitalne akcje United. Odkąd gramy na Emirates początki zawsze były mocne. Uspokoję się dopiero, jak piłka wpadnie do bramki.
13 min Arshavin szaleje. Ograł na kilkudziesięciu metrach Browna, wpadł w pole karne, ale jego petarda puszczona z prawej nogi, minęła o centymetry słupek bramki Van der Sara. To z jego strony będzie dziś najwieksze zagrożenie.
18 min Arshavin objeżdża dziś Browna niemiłosiernie. Wcześniej to samo ze Scholesem zrobił Fabregas. Dwójkowa akcja Arsenalu, szczęśliwie Rosjanin stracił piłkę w polu karnym United. Po pierwszych minutach apatycznej gry, podopieczni Wengera zaczęli kąsać. Długie piłki na Rooneya nie stanowią dla obrony gospodarzy żadnego problemu.
24 min Scholes w obecnym sezonie nie rozegrał jeszcze dwóch spotkań z rzędu. Dziś widać dlaczego. Anglik jest dziś tłem zawodnika ze środowego spotkania z City. Pomocnicy Arsenalu objechali go właśnie po raz kolejny, jak juniora. Posiadanie piłki 60% - 40%.
26 min Jakby na potwierdzenie moich słów - kapitalne podanie w pole karne do Scholesa, ale Gallas nie śpi. Cztery sezony temu byłoby 0-1.
29 min Nani dwukrotnie przed szansą, dwukrotnie po prostopadłym podaniu ze środka pola. Okazuje się, że w obronie Arsenalu jest mała dziura. Nazywa się Vermaelen. Mecz się zdecydowanie wyrównał. W komentarzach Mati bloguje razem ze mną. Informacja dla ciebie - tempo spotkania 3 razy szybsze niż w Primera Division :-)
33 min 0-1!!! Nani, jak czołg, stratował defensywę Arsenalu i wrzucił piłkę z prawego skrzydła. Almunia przy próbie interwencji wbij ją do własnej bramki. Akcja Portugalczyka w stylu Cristiano Ronaldo.
37 min 0-2!!! Znów Nani!!! Znów prawym skrzydłem. Tym razem jego podanie wykończył kapitalnym strzałem Rooney. Wenger zszokowany. Jego mina bezcenna.
40 min United narzucili mordercze tempo. Nie da się nie zauważyć analogii z meczem Arsenal - Chelsea, choć tym razem Arsenal jeszcze nie upadł na kolana. Dwie groźne akcje ze strony Kanonierów, ale na razie bez konsekwencji.
41 min Powinno być 0-3. Nie muszę pisać, kto znów był bohaterem całej akcji.
Komentarze: Nie idę jutro do pracy :-) Jestem na dwutygodniowym zwolnieniu zdrowotnym :-)
45 min W naśmielszych przypuszczeniach nie spodziwałem się takiego obrotu sprawy. United w pełni kontrolują przebieg spotkania.
45+1 Pośpieszyłem się ze zdaniem wyżej. Song powinien strzelić kontaktową bramkę. Gol do szatni to byłoby frajerstwo wysokiej klasy.
Przerwa Akcja na 0-2 palce lizać. Będę tą powtórkę oglądał jeszcze długo. Kluczem do sukcesu wydaje się wyłączenie Fabregasa z gry. Niby żadna filozofia, ale od 10 spotkań nikt nie potrafił tego zrobić. W Arsenalu zawodzi kompletnie Nasri, więc siła ognia gospodarzy na razie słabiutka.
Przerwa Kibice United w wiekszości w barwach Newton Heath. Protest oczywiście wymierzony w Glazerów.
Przerwa Anglicy już piszą, że to najlepszy mecz United w sezonie, choć na razie tylko z przebłyskami geniuszu. Dużo w tym prawdy. Gdyby Arshavin miał lepiej ustawiony celownik, mogło być różnie. Poniżej dowód:
46 min We're off! Rooney kontuzjowany w akcji ofensywnej. Rozgrzewa się Berbatov, zmiany jednak nie będzie. On nie zszedłby z boiska nawet gdyby złamał nogę. Obie jedenastki w identycznych zestawieniach, jak przed przerwą.
52 min 0-3!!! Solowa akcja Parka, który przebiegł z piłką prawie całe boisko i strzelił nie do obrony. Niewiarygodna kontra. Całość na tyle zaskakująca, że nie zauważyłem, kto szybkim podaniem uruchomił Koreańczyka.
56 min Fabregas minimalnie obok. To było pewne, że w Arsenalu nie pozwolą mi się uspokoić nawet po trzeciej bramce.
60 min Pół godziny do końca. Kolejny minimalnie niecelny strzał ze strony Arsenalu, tym razem Song. Wenger stawia wszystko na jedną kartę. Za Denilsona wchodzi Wallcott.
66 min Arsenal dominuje, ale wszystko trochę bez wiary. Kanonierzy próbują zaskoczyć Van der Sara strzałami z daleka. A tak piłkę do własnej bramki wepchnął sobie Almunia:
68 min Kolejna dobra wiadomość. Ponoć Ferguson nie przedłuży kontraktu z Owenem po tym sezonie.
72 min Zmiany, zmiany, zmiany. Giggs za Scholesa, Bendtner za Sagnę, Eboue za Rosickiego. Wenger oszalał, gra trójką w obronie.
75 min Rooney, sam w polu karnym, oddał potężny strzał w boczną siatkę. Powinno być 0-4. Byłoby, gdyby podał do Naniego lub Rooneya. Spadło tempo spotkania, Manchester nie musi, Arsenal nie potrafi.
80 min 1-3... A jednak. Totalnie przypadkowy gol dla Arsenalu. Vermaelen strzelił od niechcenia, piłka po drodze odbiła się od Evansa i kompletnie zmyliła Van der Sara. No to teraz się zacznie...
84 min Almunia nie ma najlepszego dnia. Jego fatalny kiks mógł skończyć się bramką dla United. Na jego szczęście tylko rzut rożny.
87 min Rzuty rożne dla Arsenalu są zabójcze. Piłkę z linii bramkowej wybił Evra. Ja zaraz zniosę jajko, a w Londynie zmiana. Za Parka wchodzi Valencia.
90 min Sędzia dolicza 5 minut. Za co?!
90+1 min Berbatov za Naniego.
90+4 min Powinno być 1-4. Kontra United, piłkę od Valencii dostaje Berbatov, jednak przyjmujął ją jak Paweł Brożek. Za wygraną nie dał Rooney i strzelił mocno z 11 metrów. Minimalnie obok słupka.
90+5 min Błagam...
Koniec Uffff... Wenger nie potrafi wygrać z Fergusonem już piąty raz z rzędu. Drugi raz w obecnym sezonie Arsenal po dobrej serii spotkań zostaje sprowadzony brutalnie na ziemię. Dwa szybkie ciosy z pierwszej połowy wystarczyły, aby Kanonierzy nie podnieśli sie z kolan.
Koniec Poniżej statystyki:
Zaledwie trzy strzały celne i aż 12 niecelnych Arsenalu. Tym razem liczby nie kłamią. W tym meczu Wenger zapomniał naładować swoje armaty.
Koniec W meczu z Arsenalem Rooney strzelił swojego setnego gola w lidze i dwudziestego w tym sezonie.
Koniec Wenger jakby przeczuwał porażkę. Przedmeczowa wypowiedź Francuza (cyt. za tłumaczeniem Devilpage.pl): Wierzę, że niezależnie od tego, co się jutro stanie, nadal będziemy w pozycji i będziemy mieli szansę w następnych spotkaniach. Możemy jednak wywalczyć sobie dobre miejsce w tabeli, co też chcemy zrobić. Aby odnieść sukces w tej fazie rozgrywek należy grać całą drużyną.
Koniec We wtorek Chelsea gra zaległy mecz z Hull City. Z całym szacunkiem dla "Tygrysów", ale "The Blues" można śmiało dopisać trzy punkty. Zadanie minimum wykonane, pościg trwa nadal.
Koniec Zaaferowany końcówką spotkania, nie zauważyłem, kto został Man of The Match. Zdziwię się, jeśli był to ktoś inny, niż Nani.
Koniec Dłuższe podsumowanie postaram się sklecić jutro. Dziś jestem już wyczerpany. Jeśli komuś podobała się ta relacja, kłaniam się do pasa. Na miejscu ewentualnych wielbicieli nie liczyłbym jednak na powtórki :-)
W oczekiwaniu na jutrzejszy klasyk na Emirates, chciałem napisać kilka słów o „Świętej wojnie”, która towarzyszy tradycyjnie spotkaniom United z Arsenalem. Tylko czy jest sens? Po prawdzie od dłuższego czasu, poza twardą walką na murawie, starcia armii Fergusona i Wengera niczym specjalnym się nie wyróżniają. Ot, kolejna walka o punkty. Założę się, że nie zmieni tego nawet fakt, że w przeciwieństwie do poprzednich sezonów, oba zespoły idą w tabeli łeb w łeb, próbując nie stracić zbyt wiele do prowadzącej Chelsea.
Nie ma sensu również głębiej się zastanawiać, co, a raczej, kto jest powodem takiego stanu. Napisałbym, że winowajca uciekł z miejsca zbrodni, co nie jest do końca prawdą, bo Mourinho angielskich boisk nie opuścił z własnej woli. Nie ulega jednak wątpliwości, że to Portugalczyk leży u podłoża problemu. Z chwilą, kiedy Abramowicz zatrudnił obecnego trenera Interu w swojej stajni, rozpoczął się powolny proces ocieplania stosunków pomiędzy północnym Londynem, a Manchesterem. Mourinho, w klasycznym dla siebie stylu, tak zalazł za skórę dotychczasowym antagonistom, że zawiesili oni własne waśnie, kierując armaty w stronę Stamford Bridge.
Tym samym Portugalczyk stał się w „Świętej wojnie” swojego rodzaju katalizatorem. Doszło nawet do tego, że Ferguson oddał Wengerowi jednego ze swoich podopiecznych, przerywając tym samym po 34 latach transferową posuchę na linii Arsenal – Manchester United. Przed Mikaelem Silvestrem, ostatnim, który przeszedł z Old Trafford na, jeszcze wtedy, Highbury był Brian Kidd. Irlandczyk w barwach kanonierów grał zaledwie dwa lata, po czym zasilił barwy… Manchesteru City. Ale to historia na inne opowiadanie.
Jest jeszcze jedna przyczyna, dla której starcia Wengera z Fergusonem przypominają ostatnio bardziej towarzyską herbatkę, niż krwiożerczą walkę. W składach obu zespołów nie ma już tak charakternych piłkarzy jak Roy Keane czy Patrick Viera. Jeśli, co jest bardzo prawdopodobne, Gary Neville nie chlapnie znów czegoś głupiego przed meczem, zapewne krew się nie poleje. A szkoda. To zawsze było to, co w odwiecznej walce z Arsenalem kochałem najbardziej.
Dwa słowa o sytuacji w tabeli – wyliczyłem, że każda kolejna porażka United ogranicza szanse na obronę tytułu do minimum. Jeżeli Ferguson polegnie na Emirates, trzeba będzie liczyć już tylko na cud. Wprawdzie Szkot jest mistrzem świata w odrabianiu strat punktowych, ale Chelsea, jak nigdy wcześniej, pokazuje, że przegrać tytułu w żaden sposób nie zamierza. Na jakąś szczególnie złą serię „The Blues” tym razem nie ma co liczyć.