Łukasz Anczyk, głównie o Premiership, czasem o bólu, jaki zadaje mi polska piłka, generalnie o futbolu. Bo to od zawsze moja pasja.
Blog > Komentarze do wpisu

Kiedy Dawid wygrywa z Goliatem

Nie wiem z jakiego powodu, ale dość często, gdy oglądam spotkania, w których przypada mi rola postronnego kibica, po kilkudziesięciu minutach budzi się we mnie sympatia do przeciwnika teoretycznie słabszego. Takie uczucie, zrodzone przecież spontanicznie, potrafi później przetrwać miesiącami, a nawet latami. Dzięki temu sympatyzuję w swoim życiu z różnego rodzaju klubami, których wspólnym mianownikiem jest ich, delikatnie mówiąc, niezbyt wysoki poziom sportowy. Nie jestem ich kibicem, nie śledzę ich losów, transferów, wyników. Gdy jednak słyszę, że osiągnęły, w swojej lokalnej skali, jakiś niecodzienny i długo oczekiwany sukces, czuję satysfakcję.

Jednym z takich klubów jest Hull City. Nie pamiętam dokładnie, przy jakiej okazji pierwszy raz skrzyżowały się nasze drogi. Jedyne, co świta mi w głowie, to fakt, że byli wtedy w trzeciej lidze i zagrali właśnie jakiś niewiarygodny mecz, po którym zainteresowałem się nimi, tradycyjnie na chwilę, z opcją przedłużenia na dalsze lata. Drugi kontakt nastąpił dopiero po awansie piłkarzy z KC Stadium do Premiership. To niewiarygodne, ale długo nie miałem żadnej świadomości faktu, że drużyna Browna walczyła na zapleczu o awans, więc gdy ten stał się rzeczywistością, nieomal nie osłupiałem z wrażenia.

Trzeciego kontaktu opisywać nie trzeba. Medialność ligi angielskiej sprawia, że żadną sztuką było śledzić ich losy, tym bardziej, dla mnie, rozkochanego w Premier League od lat. Przyznaję bez bicia, że ich mecz w ostatniej, 38. kolejce zeszłego sezonu, przyprawił mnie o niezły ból głowy. „Tygrysy” grały z Manchesterem United, a stawką było utrzymanie. Chciałem, żeby Brown pozostał ze swoją ekipą w najwyższej klasie rozgrywek, ale umówmy się, nie kosztem porażki „Czerwonych Diabłów”. Wilk był syty i owca cała, bo United wygrali, a Hull z ligi nie spadli.

Ucieszyłem się nie bez kozery. Drużyna Browna, tak na marginesie jednego z najbardziej pozytywnych ludzi w tym fachu, pokazała, że jest mistrzem niespodzianek. Hull potrafili wygrać nawet z Arsenalem na Emirates, co momentalnie dało im status nieobliczalnych. Wyniki osiągane przez ekipę z KC Stadium musiały budzić poważanie, tym bardziej, że największym atutem zespołu są wyłącznie wartości mentalne. Jeśli Hull sobie ambitnie punktów nie wybiegają, kończą zazwyczaj głęboko w parterze, nierzadko na deskach, po szybkim nokaucie.

W obecnym sezonie rzeczywistość jest dla „Tygrysów” jeszcze bardziej brutalna. Gdyby nie bankruci z Portsmouth, Hull zamykaliby pewnie tabelę Premiership. Zespół ma najgorszą obronę w Anglii, przez co Myhill wyciągał już piłkę z bramki równo 50 razy. Nie miało to jednak znaczenia, gdy nad estuarium Humber nadjechali obrzydliwie bogaci milionerzy z Eastlands. Piłkarzom Hull nie ugięły się nogi, ani przed Roberto Mancinim, ani przed jego armią, kompletowaną przecież za ciężkie dolary arabskich szejków. Przyznaję, że meczu nie oglądałem, a notkę piszę spontanicznie. Nie znam okoliczności, w jakich Manchester City poległ ze skazanymi na pożarcie piłkarzami Hull City, przyznać każdy jednak musi, że nawet suchy wynik wzbudza uznanie i podziw. Ja się po prostu cieszę, że dobie komercjalizacji piłki, są jeszcze tacy romantycy jak Brown, którzy pokazują, że charakter i wola zwycięstwa są wciąż ważniejsze od pieniędzy. Fajnie, że znów dzięki tej drużynie niemożliwe stało się niczym. Fajnie, że Hull znów są nad strefą spadkową. Oby pozostali tam jak najdłużej.

Łukasz Anczyk

niedziela, 07 lutego 2010, snooboy
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/02/07 13:16:40
Pierwszy raz odwiedzam blog. Bardzo dobre tresci, ciekawie sie czyta. generalnie - bede zagladal czesciej. Pozdrawiam!

Co do pierwszego zdania - chyba nauki psychologiczne wyjasnily w jakis sposob to zjawisko, jednoczesniej przypisujac ta sklonnosc do znakomitej wiekszosci ludzi (nie tylko jezeli chodzi o sport)
-
2010/02/07 15:20:03
dzięki wielkie za ciepłe słowa. jak najbardziej zapraszam do częstszego odwiedzania ;)
co do psychologii, na pewno zgłębię zjawisko bardziej. moje wątpliwości wynikały z tego, że ja raczej zauważyłem odwrotne reakcje społeczne od moich, czyli sympatie do silniejszych. może w tłumie, gdzie to zazwyczaj obserwowałem, trudniej o wyrażanie opinii, a łatwiej o dostosowanie do ogółu. stąd mogę się mylić. w dużej mierze jest to zapewne kwestia naszych cech wewnętrznych.
-
2010/02/07 16:10:24
z tego co sie orientuje, to taki mechanizm dziala o ile wczesniej nie zwiazalismy jakimis uczuciami zespolow, ktorych rywalizacje ogladamy, czyli kiedy w momencie rozpoczynania, w tym wypadku, ogladania meczu mamy neutralny stosunek do obu zespolow. potem dowiadujemy sie (lub wczesniej wiedzielismy, ale teraz dobitniej slyszymy to z ust komennatorow), ktora strona ma wieksze szanse na wygrana, jest lepsza itd. generalnie wtedy myslimy cos w stylu" ahh zeby tak Angola utarla nosa temu Egiptowi" :]

Pozdrawiam!
-
2010/02/07 16:11:01
zachecam do lektury wywiadu na moim blogu i zapraszam do komentowania :) kopnij.blox.pl/2010/02/8222Nasi-pilkarze-nie-czuja-swojego-ciala8221.html
-
2010/02/08 09:42:42
Jako kibic wiadomego klubu mogę rzucić nieco światła na mecz Hull z City(poza odesłaniem do mojego bloga). Manchester zagrał po prostu słabo, w dużej mierze oddał inicjatywę gospodarzom, źle wyprowadzał piłkę z własnej połowy i kiepsko bronił(szybie dwie kartki dla Toure i Boyaty tylko to potwierdzają), fatalnie grał Barry, reszta też bez wyrazu, brakuje nam klasowych bocznych obrońców(Richards kontuzjowany, a Bridge czy Garrido nie są najlepsi).
Za to Hull bez kompleksów, może nie są najlepsi technicznie, ale zagrali z z sercem i słusznie wygrali.
-
2010/02/08 14:08:59
@angamoss
no właśnie to mnie najbardziej cieszy, że w piłce takich wartości pieniędzmi kupić nie można. gratuluję obiektywizmu i pozdrawiam.
-
2010/02/08 15:03:25
Tu już nawet nie chodzi o pieniądze - City ma przedziwną manierę od jakiegoś czasu i zamiast brać od gospodarzy, co się należy, rozdają punkty na lewo i prawo.
Z innej strony Hull ma talent do wykradania punktów bogatym, Chelsea przecież tylko zremisowała na KC Stadium. Oglądałem ten mecz i moja sympatia była naturalnie po stronie 'słabszego'. No i mnie pokarali :P
A co do pieniędzy, to spójrz na wspomniany team Ancelottiego. Od wejścia Abramowicza minęło już 7(!) lat i Chelsea 'da się lubić', jej kibiców nie wyzywać od sezonowców, a ruchy na rynku transferowym określać mianem 'pazernych'.
City za kilka lat spotka to samo.. ale to temat na inną rozmowę :)
-
2010/02/08 15:27:44
zgadzam się. dobrze, że masz świadomość, że to nie nastąpi szybko :-) w innym przypadku przestałbym chyba już sympatyzować z futbolem ;)